wtorek, 19 lutego 2013

Rower to piękna przygoda - rozmowa z Rafałem Gręźlikowskim

Dziś mamy przyjemność przedstawić niezwykłego człowieka - Rafała Gręźlikowskiego - sportowca, rycerza, pisarza. Nasz bohater mimo amputacji nogi, rozwija swoje pasje, pokazuje jak pokonywać życiowe bariery, spełniać marzenia, zaraża życiowym optymizmem.


Przy okazji tej rozmowy, wspólnie z Rafałem zachęcamy do zapoznania się z historią Iwony, która obecnie potrzebuje wsparcia, aby móc znów cieszyć się z wolności jazdy rowerem.



Wolny Rower: Na blogu staramy się przełamywać stereotypy i obalać mity dotyczące roweru. Ty jesteś osobą, która swoim życiem przełamuje wiele barier, udowadnia, że "dasię". Mimo tego, że straciłeś nogę, prowadzisz bardzo aktywny tryb życia, odnosisz sukcesy sportowe. Na Twoim blogu przeczytałem "Rower to piękna przygoda, którą tak naprawdę odkryłem na nowo." Od jakiegoś czasu łączysz swoją pasję - zamki, z wycieczkami rowerowymi. Powiedz, jak zacząłeś tę przygodę?

Rafał Gręźlikowski: Moja przygoda z rowerem rozpoczęła się już bardzo dawno. Nie zapomnę szaleństw na moim składaku w szkole podstawowej. To było coś ! :) Jedne z najfajniejszych chwil i przygód jakie można było przeżyć nie posiadając w sumie nic więcej poza rowerem :) W miarę upływu lat rower bywało, że popadał w niełaskę, a wolne chwile spędzało się, nie mniej aktywnie, ale już piechotą. I nagle nadszedł w moim życiu moment kiedy utraciłem to co wydawało się nieśmiertelne, niewyczerpalne - swoją sprawność. Zachorowałem na rzadką odmianę nowotworu, dotykającą głównie ludzi młodych, o nazwie mięsak kości (łac.sarcoma). Ceną za walkę z nowotworem była amputacja mojej lewej nogi powyżej kolana. To był bardzo trudny dla mnie okres. Z marzeń o jednostce desantowej i dalszym rozwijaniu swojej formy fizycznej nie pozostało nic. Chemioterapia w połączeniu z amputacją z wysportowanego 95 kilogramowego dwudziestolatka zostawiły mi niewiele ponad 60kg i zadanie zmierzenia się z tym wszystkim. Po pół roku dręczenia się ze swoją niemocą zacząłem działać. Nauka chodzenia o protezie, treningi na siłowni oraz... rower :) W sumie to był swego rodzaju eksperyment. Nie znałem nikogo kto bez nogi jeździłby na rowerze. Amputowana noga, pomimo protezy, była jeszcze bardzo słaba. Z trudem naciskałem nią na pedał, żeby znów przejąć pracę drugą nogą. Dosyć szybko przekonałem się, że rower to nie tylko świetny środek rehabilitacji, ale też doskonałe ujście całej swojej złości, gniewu na to, jak potoczyły się moje losy.

Jak wyglądały te pierwsze przejażdżki?

Mieszkałem wówczas w Gdańsku, na Przymorzu. Do ścieżek rowerowych ciągnących się kilometrami wzdłuż plaży miałem naprawdę niedaleko. Kiedy przyszło lato, zakładałem krótkie spodenki i dumny z odzyskanej sprawności śmigałem całymi godzinami wraz z innymi pasjonatami rowerowego szaleństwa :) Moje możliwości po kilku miesiącach doszły do takiego poziomu, że nawet podejmowałem się rywalizacji z niektórymi "szybszymi" postaciami na rowerowej ścieżce. To było naprawdę coś pięknego!

Można powiedzieć, że rower był początkiem Twojej sportowej kariery?
Dyscypliną w jakiej najbardziej marzyłem się zrealizować były sporty siłowe. Dlatego też po pierwszym roku poświęconym pasji rowerowej, właśnie ciężarom poświęciłem większość swych determinacji. W sumie uprawiałem wiele dyscyplin sportu, odkąd amputowano mi nogę. W niektórych nawet miałem całkiem przyjemne osiągnięcia. Zostałem mistrzem Polski w biegu na 200 metrów, wywalczyłem tytuł pierwszego mistrza Polski w kulturystyce osób niepełnosprawnych, przez wiele lat broniłem tytułu mistrza Polski osób niepełnosprawnych w wyciskaniu sztangi leżąc. W tej dyscyplinie należałem do reprezentacji Polski, moje największe osiągnięcie to zdobycie złotego medalu w Pucharze Europy, a najlepszy wynik na sztandze 195kg ważąc 85kg. Oczywiście to są lata pracy, nic w sporcie nie przychodzi za darmo. W tle nieustannie pojawiał się rower, ale raczej jako weekendowa przyjemność aniżeli systematyczne treningi. Aż nadszedł rok 2012...

Postanowiłeś znów wsiąść na rower?

Na moich półkach stały już rzędy błyszczących pucharów, w głowie niezmierzone tomy wspomnień z wielu rozmaitych podróży. Jednak czegoś mi w tym wszystkim brakowało. A wypadałoby wspomnieć, że jestem ogromnym pasjonatem włóczęg po ruinach zamków. Wydałem niedawno nawet książkę "Zamki, ruiny i legendy" bazującą na mojej pasji i fotografii. Jeszcze zimą 2012 roku postanowiłem na nowo skupić się na swoim jednośladzie. Z założeniem, że będę jeździł po praktycznie każdym terenie, częstokroć z obciążeniem - uzbierałem na nieco lepszy od poprzedniego rower na 29 calowych kołach. Wyposażyłem go w bagażnik z sakwami, oświetlenie, licznik, trąbkę i wszystko co mogłoby mi się przydać wypuszczając się o różnych porach dnia i nocy gdzieś dalej. W międzyczasie nieustannie szlifowałem swoją formę ma się rozumieć :) Nadszedł maj. Spakowałem na swój rower pełen ekwipunek wyprawowy z namiotem włącznie i postanowiłem przerobić odrobinę swoich marzeń już w praktyce. Dwudniowy wypad z noclegiem nad rzeką zamknął się wówczas w 127km. Pierwsza taka wyprawa i przygody, wieczorem ognisko. Czułem jak nabieram apetytu na więcej ! :)

W ostatnie wakacje rozkręciłeś się na tyle, że ruszyłeś w wyprawę rowerową po Słowacji?

Pojawiały się kolejne wyprawy. 140 km do zamku w Janowcu, 170 km do zamku w Iłży. Aż sięgnąłem chyba kresu swoich możliwości, bowiem kiedy ustanawiałem swoje 211 km nieprzerwanej włóczęgi zamkowej - głowa opadała mi ze zmęczenia zupełnie tak, jak się niektórym zdarza przy telewizorze wieczorem :) Taki sprawdzian formy w zupełności mi wystarczył. Spakowałem swój cały ekwipunek wyprawowy, który wraz z rowerem przekraczał 50kg, pociągiem dojechałem do Piwnicznej i rozpocząłem jedną z dwóch swoich najpiękniejszych przygód z rowerem. Moim celem były największe ruiny zamku w tej części Europy - Spissky Hrad. Słowackie górki nie raz dały mi w kość a pogoda bywała bezlitosna. Cel osiągnąłem! :) Miałem jednak niedosyt, bowiem rozchorowałem się po kilku deszczowych dniach i musiałem przerwać swoją włóczęgę. Ponownie, z bagażem doświadczeń i jeszcze cięższym ekwipunkiem wyruszyłem w sierpniu 2012. Trasa rozpoczęła się w Nowym Targu, przez Czorsztyn, Niedzicę, Spisską Belę, Piwniczną, Muszynę, Kamenicę, Spisskie Podhradie, Spisską Nową Wieś i Poprad na Muszynie kończąc. Ponad 400 km po naprawdę odczuwalnych, z takim bagażem, górkach. Najpiękniejsze ruiny zamków, noclegi głównie pod namiotem, niezapomniane przygody i emocje. Dawałem z siebie wszystko, ale otrzymałem w zamian jeszcze więcej ! :) Dlatego wiem, że moich rowerowych przygód c.d.n. ! :) W okresie zimowym jeżdżę sobie niezbyt długie odcinki po okolicy, żeby nie wypaść całkiem z formy :)

Najlepsze wspomnienia z podróży?

Oczywiście w tak krótkiej formie nie jestem w stanie wspomnieć o wszystkim. O tym, że na słowackie wzniesienia przygotowywałem się jeżdżąc po leśnych górkach z obciążoną przyczepką. O tym, że na mojej kierownicy zamontowane są w dość dziwaczny sposób lemonki, żebym mógł co pewien czas zmienić pozycję na wyprostowaną i nie dopuścić do bolesnych skutków uciskania krawędzi protezy w moje biodro. O tym, ilu wspaniałych ludzi poznałem na rowerowych szlakach i jak ważne jest doskonałe oświetlenie roweru. Jestem raczej samotnikiem jeśli chodzi o rower. Jeżdżę przez wszystkie pory roku i po każdych drogach (z wyjątkiem autostrad!). I myślę, że niezależnie od jakości, trudności i pogody na moich szlakach - najważniejsze jest to, co się ma w głowie! A więc umiejętność czerpania radości z tej rowerowej pasji i przygód jakie się zdarzają.



Przy okazji tego wywiadu, chcemy też zwrócić uwagę na historię Iwony, która w podobnych okolicznościach do Twoich straciła nogę. Bardzo chciałaby wrócić do jazdy rowerem ze swoimi dziećmi, ale boryka się z zebraniem środków finansowych na protezę.

Mnie już nikt nie musi przekonywać jak życie potrafi być piękne. Poza tym jestem skazany na optymizm - już nigdy nie wstanę z łóżka lewą nogą ! :) Ale jest dziewczyna, której chociaż nie znam, a jednak nie mam wątpliwości że warto jej pomóc. Żeby pomimo amputacji również mogła wybrać się z rodziną na rower i powiedzić "życie jest piękne !" :) Przeczytacie o niej poniżej.

Do zobaczenia na rowerowych szlakach!

Rafał Gręźlikowski



Historia Iwony

(fragment ze strony Fundacji RakOff - tu pełna historia)

Nazywam się Iwona Sokołowska, urodziłam się 2 grudnia 1982 roku, mieszkam w Wałczu.(...) Cieszę się: że żyję; że mogę przytulać i całować moje dzieci; że mogę uczestniczyć w życiu rodzinnym, wytłumaczyć córce niezrozumiałe zadania z matematyki; czuć że mąż mnie nadal mocno kocha (może nawet mocniej?)…Do szczęścia w życiu brakuje mi tylko nogi. Nie, nie mojej – tej, która od 12 lat mnie bolała. Brakuje mi protezy, bym mogła po prostu chodzić i jeździć na rowerze. Chciałabym wziąć synka za rączkę i iść z nim na spacer (aktualnie brakuje mi spacerów, tęsknię za tym gdy mogłam włożyć synka do wózka i iść…). Na razie walczę z bólem, rana powoli się goi (wymaz z rany wykazał gronkowca, no ale przecież ja mam całe życie pod górę , niedługo pojadę do protezowni obejrzeć te cuda – protezy. 
Dobra proteza podudzia kosztuje kilkadziesiąt tys. zł – chciałabym mieć dobrą protezę, gdyż mam dopiero 30 lat i chcę żyć normalnie. Nie chcę być osobą niepełnosprawną, gdyż mam silny organizm i silną psychikę. Na gorszej protezie nie da się chodzić, uciska kikut i go rani lub jeżeli da się chodzić, to tylko przy pomocy kul.Z całego serca pragnę, by Państwo pomogli mi uzyskać środki na protezę i co za tym idzie pomogli mi wrócić do normalności. Kocham życie mimo wielu kłód rzucanych mi pod nogi, chciałabym tylko mieć nogę…

Wsparcie w postaci pieniężnej lub 1% podatku na rzecz Iwony można przekazać za pośrednictwem Fundacji RakOff, szczegóły tutaj. Gorąco zachęcamy!

2 komentarze:

  1. ratulacje! To bardzo motywujące co napisałeś!
    A przy okazji pionowe ustawienie rogów jest niebezpieczne! Ustaw je równolegle ew. pod ostrym kątem. Pozdrower!

    OdpowiedzUsuń
  2. Inspirujący artykuł. Poszedł news w świat.

    OdpowiedzUsuń