wtorek, 18 grudnia 2012

Rowerowa literatura: Makaron w sakwach, czyli rowerem przez Andy i Kordyliery

Zdjęcie z galerii Piotra Strzeżysza.
onthebike.pl
Lekturę "Makaronu.." Piotra Strzeżysza mam już dawno za sobą, ale jakoś nie było do tej pory czasu napisać o niej. Zdążyliśmy już nawet oddać w dobre ręce nadmiarowy egzemplarz od Bezdroży. Zdecydowanie łatwiej tę książkę przeczytać, a raczej wchłonąć, niż zebrać się do napisania o niej kilku słów. Nie będę się tu specjalnie rozwodził o tym którędy i jak Piotr Strzeżysz przez te Ameryki jeździł, bo nie to jest istotne, ani w książce, ani w podróżach rowerowych w ogóle. Autor przejechał taki kawał świata (i ani razu nie dojechał tam gdzie planował), że chyba nikt nie wątpi, że ma na ten temat coś ciekawego do powiedzenia.

W książce znajdziemy masę opowieści, które urzekają szczerością, spontanicznością i powiedziałbym pewnym naturalistycznym przedstawieniem ekstremalnych doznań, noszących znamiona masochizmu. Często pojawiają się określenia typu "rzeźnia", "mordowanie się" czy "katowanie". Każdy kto choć trochę jeździ rowerem wyprawowo, dosłownie będzie nie raz współodczuwał ból mięśni i wycieńczenie autora. Przyznam, że choć siedziałem pod kołdrą czytając, z gorącym kubkiem herbaty nieopodal, nie raz zgrzytałem zębami z zimna i czułem piach w zębach.

Podróż, czy może lepiej włóczęga Piotra Strzeżysza, na pewno nie jest wolną wycieczką, spacerkiem dla każdego. Niewielu może się zdobyć na tak ekstremalną wyprawę (i niewielu pewnie ma na to ochotę). Mówiąc bez ogródek, trzeba być niezłym świrem, żeby w takich warunkach jeździć rowerem.  Ale właśnie tacy ześwirowani włóczykije inspirują nas do szukania swoich własnych podjazdów na wulkan Aucanquilcha i przełamywania kolejnych granic możliwości.

Tysiące przejechanych kilometrów w ekstremalnych warunkach, setki napotkanych ludzi, połączone z poczuciem humoru autora składa się na lekturę, która wciąga od pierwszego akapitu, a po zakończeniu pozostaje ogromna ochota ruszenia w drogę. Gdziekolwiek, byle przed siebie, byle dalej, byle oderwać się od codzienności, wygodnego łóżka, pełnej lodówki.. bo podobno życie zaczyna się tam, gdzie kończy się nasza wygoda.

A poniżej przykład na potwierdzenie poczucia humoru i optymizmu autora, który w nawet w obliczu braku wody, potrafi znaleźć dobre strony zaistniałej sytuacji ;)




Przy okazji tej lektury naszła mnie refleksja dotycząca wypraw rowerowych w ogóle. Po co się męczyć? Po co wszyscy ci ludzie, którzy piszą fantastyczne książki podróżnicze tak się męczą? Po co ja wsiadam na rower i się męczę. Przecież stać mnie na "normalne" wczasy. Na blogu autora znalazłem podobną refleksję we wpisie po powrocie z ostatniej podróży po Ameryce Północnej.
"Przejechałem sześć i pół tysiąca kilometrów, w międzyczasie poznałem kilka wspaniałych osób, w sumie znów niczego specjalnego nie odkryłem, zjebałem się tylko, pewnie niepotrzebnie. Właściwie, po co to wszystko?"

Wydaje mi się, że bardzo zgrabną odpowiedź znalazłem w innej książce, która aktualnie leżakuje obok mojej poduszki. Pozwolę sobie zacytować fragment, który rzuca trochę światła na to zagadnienie.

"Wystarczyło jednak wsiąść na rower, by świat i życie znów nabrały kolorów, intensywności, radości i sensu.
Jadę sobie.
Przed siebie.
Jestem panem swojej prędkości i kierunku.
Jestem panem swojego życia i przygody. 
Gdy jestem na rowerze, rzadko kto chce ode mnie pieniędzy. Chce najczęściej pozdrowić, pomachać, poczęstować herbatą i wcisnąć jakieś owoce lub orzechy. W drodze uśmiech jest jakimś naturalnym i jedynym logicznym odruchem. Jakoś trudno sobie wyobrazić coś innego."

Robert Robb Maciąg "Tysiąc szklanek herbaty"

Na koniec dodam jeszcze słówko o samym wydaniu książki. Bardzo spodobał mi się motyw umieszczenia wewnątrz okładek map z zaznaczoną trasą przejazdu. O wiele łatwiej śledzić narrację i połapać się w topografii podróży. Uważam, że każda książka podróżnicza powinna być zaopatrzona w taką mapę. Sam tekst zaś jest bogato ilustrowany zdjęciami autora, co jeszcze bardziej pozwala odczuć klimat podróży.

Nie pozostaje mi powiedzieć już nic, tylko: ubierzcie się ciepło i ruszajcie w drogę z Piotrem Strzeżyszem i towarzyszką jego podróży Rafinerią!


9 komentarzy:

  1. Ja jestem jeszcze przed przełknięciem tej książki, ale nie wiem czy mi się to uda. Przeczytałem już kilkadziesiąt stron, ale jakoś nie ciągnie mnie dalej.

    To bez wątpienia bardzo subiektywne, ale jest jakoś tak, że od książki wymagam czegoś więcej. Jasne, historie Piotrka o poznanych ludziach, zabawnych sytuacjach czy nieoczekiwanych awariach są naprawdę rewelacyjne. Humor, polot - no nie ma dwóch zdań. Ale o takich rzeczach nie można czytać przez 200 czy 300 stron. Po jakimś czasie to po prostu przestaje bawić, staje się wtórne. Przeczytałem 70 stron i szczerze mówiąc mam wrażenie, że nic nie przeczytałem. Pewnie sto razy lepiej byłoby posłuchać Piotrka na slajdowisku niż czytać. Bo takie rzeczy, takie historie są bardziej do opowiadania albo po prostu przeżycia, niż przelewania na papier.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jesteś Wojtku jedyną osobą jaką znam, która ma identyczne zdanie i po kilkudziesięciu stronach odpuściła, twierdząc, że jest monotonnie. Widziałem nawet opinie takie, że Piotrek w tej książce zrzędzi, marudzi i sam ze sobą się nudzi i nie wiadomo po co o tym pisze. Jest też przeciwny biegun, tych którzy się zachwycają (jak ja), Mam wrażenie, że te opowieści podobają się ludziom, którzy lubią się męczyć na rowerze i czytać o tym jak i gdzie inni się męczą ;)

      Usuń
  2. Ależ ja uwielbiam się męczyć! Może nie jestem wyspecjalizowany akurat w męczeniu się na rowerze, tylko np. w śniegu po pachy w Alpach albo dziadowaniem autostopowym, niejedzeniem całymi dniami bo aaa może jeszcze kawałek podjadę a potem zjem, ale właśnie to nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że opisanie tylko i wyłącznie tego typu rzeczy na 300 stronach byłoby trochę bez sensu ; ). Czy by to było o autostopie, rowerze, górach, wodolocie czy czymkolwiek.

    Bo- podkreślam - opowieści i historie Piotrka są w porządku, są bardzo dobrze napisane, zabawne itp. Ale no kurde cała książka tylko o tym to dla mnie trochę strata czasu (przy czytaniu) i papieru (przy druku). Ot co. I nie wiązałbym tego poglądu z tym czy lubię się męczyć czy nie. Bardziej z tym, że mam permanentną potrzebę robienia czegoś możliwie "konstruktywnego" (w tym: czytanie książek, w których COŚ jest). "Taka karma" ; )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. (tak się zastanawiam cóż jeszcze mogło wpłynąć... bo może po prostu nie zrobił na mnie wrażenie? zlał go deszcz i jechał dalej? a co to mnie nie zlał deszcz do suchej nitki i jechałem dalej? spał na jakimś chodniku pod jakąś ruderą? a co to ja nie spałem? jadł ciągle makaron z fasolą? a co to ja nie jadłem ciągle starawego chleba ze świeższym chlebem? a w igloo spał? nie spał, a ja tak. nie wiem co jest za 70tą stroną tej książki, ale jak to mówią panie, póki co: dupy nie urywa ;) )

      Usuń
    2. Wspomniałem też o innej książce w tym wpisie, cytując kawałek z Roberta Maciąga. Myślę, że ta to by się tobie spodobała. Bo tam mało o męczeniu się, moknięciu i ogólnie o jeździe rowerem. Dużo za to człowiek sie dowie o tradycjach lokalnych, kulturach, historiach i innych architekturach. Taka inteligentna bardziej, a nie o jakimś tam pedałowaniu po górach tylko ;) Polecam zatem.

      Usuń
    3. No i dodam, że jak "dupy nie urwało" do 70 strony to i dalej nie będzie lepiej, nie ma się co męczyć lekturą, lepiej sięgnąć po ambitniejszą lekturę.

      Usuń
  3. ja zawsze myślę sobie "po co ja się tak męczę?" gdy pedałuję albo wdrapuję się pod górę, ale potem jak zjeżdżam z górki albo siedzę na szczycie i się rozglądam a potem dziarsko schodzę w dół, to mimo, że nie znam odpowiedzi po co się męczę w postaci jednego słowa, to wiem dlaczego to robię ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Sam jestem zrzędą i chętnie przeczytam ale nie mogę znaleźć gdzie kupić ebooka. Macie linki do jakiś księgarni?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wydaje mi się, że nie ma wydania ebooka, nie widziałem, a najlepiej szukać u źródła w wydawnictwie

      Usuń